czwartek, 26 kwietnia 2018

Rozdział 13

Usiadłam na podłodze po turecku i zaczęłam przeglądać swoje rysunki. Jednym z pierwszych były anielskie, śnieżnobiałe skrzydła, rozpostarte do lotu. Jednym z następnych było drzewo z powykrzywianymi gałęziami w taki sposób, że korona tworzyła kopułę opadającą do połowy wysokości pnia. Z ziemi wystawały poskręcane korzenie. Przekartkowałam zeszyt prawie do końca i ujrzałam lwa. Jego przednie łapy wyciągnięte były do przodu, a dwoma tylnymi odbijał się od podłoża. Grzywę miał lekko skołtunioną, a pysk otwarty jakby król zwierząt chciał się wgryźć w swojego wroga, lub ryczał. Zwierzę widoczne było od boku.
 - Czy te rysunki naprawdę są tak piękne, żeby chcieć je podziwiać? - Zastanawiałam się na głos. Przewróciłam kilka następnych stron. Dwie z nich były sklejone, więc rozkleiłam je ostrożnie. I wtedy ujrzałam oczy. Piękne, brązowe oczy, spoglądające na mnie spod gęstych, długich rzęs.

***

 - Alice! - krzyczał Luke w kuchni.
 - Co znowu? - jęknęła dziewczyna, leniwie wstając z kanapy i podchodząc do chłopaka.
 - Zjadłaś moje monte? - Patrzył na nią oskarżycielskim tonem. - Mówiłem ci, że na drugiej półce po prawej są moje monte. A to było ostatnie i miałem na nie ochotę - powiedział rozżalonym tonem i zrobił smutną minkę, widocznie przygnębiony tak wielką stratą.
 - Nie zjadłam twojego serka - zaczęła spokojnie. - Od... - Niestety nie dane jej było dokończyć, bo szatyn przerwał dziewczynie.
 - Jak nie ty, to kto? Nikt w tym domu, oprócz mnie i ciebie, nie je monte! - Wyrzucił ręce do góry.
Parsknęłam śmiechem, przyglądając się sytuacji od dobrej chwili, stojąc w rogu kuchni, gdzie ta dwójka mnie nie zauważyła. Teraz jednak spojrzeli na mnie, zaprzestając się, na chwilę, kłócić.
 - Co? - spytał Luke.
Wzruszyłam tylko ramionami i podeszłam do blatu kuchennego, po czym postawiłam na nim torbę z zakupami i zaczęłam wyjmować produkty i wkładać je do lodówki. Oczywiście w zakupach, które zrobiłam, nie mogło zabraknąć mojego - i jak się okazuje, nie tylko mojego - ulubionego deseru. Chłopakowi zaświeciły się oczy, kiedy zobaczył sześciopak serków. Znów parsknęłam śmiechem, widząc, niemal śliniącego się na ten widok, chłopaka. Wyjęłam łyżeczkę z szuflady i uderzyłam nią Luke'a lekko w głowę, po czym otworzyłam jedno monte i nabrałam trochę na wspomniany wcześniej przedmiot, który trzymałam w dłoni.
 - Leci samolocik. - Udałam dźwięk samolotu i zbliżyłam sztuciec do ust miłośnika mleczno-czekoladowego deseru. Chłopak z chęcią otworzył buzię i pochłonął pierwszą porcję z uśmiechem. Alice roześmiała się z tej komicznej sytuacji.
 - Dobra, dalej karm się sam. - Zaśmiałam się, po czym oddałam chłopakowi pojemniczek.
 - Dzięki - powiedział z uśmiechem dziecka, kiedy wyjął łyżeczkę z ust.

____________________________________________________________
Czytasz, to zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Dla ciebie to tylko chwila, a dla mnie motywacja, do dalszego pisania.

Hej. Po około dwóch latach jakoś tak mnie natchnęło na napisanie tego rozdziału, tym samym (chyba) wracając do tego opowiadania. Rozdział wyszedł, jak wyszedł. Osobiście jestem z niego dumna, mimo, iż jest dosyć krótki. Ale ma więcej opisów.
Publikuję to dość późno, choć chciałam opublikować to rano, boo... tak.
Mam nadzieję, że się spodoba(ło) :D i do następnego :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz