- Cześć Kim - powiedział znajomy, drżący głos.
- Cześć ciociu. Co słychać? - spytałam radośnie. Usłyszałam ciche pochlipywanie. - Coś się stało? - spytałam z troską w głosie.
- Kim... - przerwała ciocia.
- Tak? - spytałam zmartwiona. Znów usłyszałam pochlipywanie. - Co się stało? - spytałam, tym razem wystraszona.
- Kim, chodzi o to, że... - znów przerwała. Zaczęłam mieć złe przeczucia. Pomyślałam o rodzicach.
- Co im się stało? - spytałam przerażona.
- Oni...
- Żyją, prawda? - spytałam ze łzami w oczach. Odpowiedziała mi cisza. - Powiedz, że oni żyją.
- Są w ciężkim stanie.
- W, którym są szpitalu? - spytałam. Nie czekałam na odpowiedź. Przypomniało mi się, że mamy jeden szpital. - Jadę tam - powiedziałam i się rozłączyłam. Szybko ubrałam buty, wzięłam klucze i wyszłam z domu, zamykając drzwi. Pobiegłam na przystanek autobusowy. Nawet szybko dojechałam w okolice szpitala. Wysiadłam z autobusu i pobiegłam do budynku. Przy recepcji, spytałam, gdzie leżą moi rodzice. Kobieta powiedziała mi, że są na OIOM'ie. Szybko tam pobiegłam. Spojrzałam przez drzwi. Leżeli, podłączeni do jakichś maszyn. Chwilę później, poszukałam lekarza. Ten wyjaśnił mi, że ich stan jest ciężki i nie wiadomo kiedy i czy z tego wyjdą. Zmartwiłam się tym. Nie chciałam, żeby umarli...
***
- Wracaj do domu. Musisz wypocząć - powiedziała ciocia.
- Nigdzie nie idę.
- Kim, zadzwonimy do ciebie, jak coś się będzie działo, dobrze?
- Nie. Ja chcę tu zostać, przy nich.
- Jesteś zmęczona. Nie spałaś od kilku dni.
- A wy nie?
- My to co innego. Jedź do domu i się połóż. Jak coś, to zadzwonimy.
- Dobra - powiedziałam i wróciłam do domu. Poszłam do pokoju i położyłam się na łóżku, tak, jak byłam. Nawet butów nie zdejmowałam. Prawie natychmiast zasnęłam.