piątek, 28 sierpnia 2015

Rozdział 5

Obudziłam się dość późno. Z dołu, z kuchni, dobiegały głosy cioci, wujka i... Moich rodziców? Szybko zerwałam się z łóżka i zbiegłam na dół po schodach. Wbiegłam do kuchni i ujrzałam cztery sylwetki. Po chwili wszystkie spojrzenia były skierowane na mnie, ubraną w luźną koszulkę na ramiączkach i spodenki. Zamurowało mnie. To rzeczywiście byli oni. Moi rodzice stali przede mną, jak gdyby nigdy nic. Spojrzałam na ciocie i wujka, a później na moich rodziców.
- O co tu chodzi? - spytałam nieco zdziwiona. Nikt mi nie odpowiedział. - Nic z tego nie rozumiem. Może mi to ktoś wyjaśnić? I, jakim cudem wy żyjecie? - spytałam oburzona.

- Kim... - przerwała mama.
- To miał być taki żart, tak?
- Nie. My... - znów przerwała.
- Nie wiem, co tu jest grane. Jak dla mnie, to za dużo - powiedziałam i wybiegłam z domu, tak jak stałam, na boso, w tej bluzce i spodenkach. Po chwili postanowiłam wrócić do domu. Tak też zrobiłam. Poszłam do kuchni. Oni dalej tam byli. Rozmawiali. Nawet nie zauważyli, że tam jestem.
- Sfingowaliście swoją śmierć? - spytałam, przerywając im rozmowę.
- Kim, to nie tak - powiedział tato.
- A jak? Najpierw dzwoni do mnie ciocia i mówi, że mieliście wypadek. Później umieracie na stole operacyjnym. Wczoraj pogrzeb, a teraz pojawiacie się tu, jak gdyby nigdy nic. Ja nic z tego nie rozumiem. Zaczynam głupieć powoli. To dzieje się zbyt szybko - powiedziałam. Naglę wszystko zaczęło znikać. Było coraz ciemniej i ciemniej. Nie było nic, tylko pustka, nicość, ciemność...
____________________________________________________________________
Czytasz, to zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Dla ciebie to tylko chwila, a dla mnie motywacja, do dalszego pisania.

1 komentarz: